Medycyna akademicka a medycyna naturalna


Na ten temat powstało już tak wiele dyskusji, że właściwie trudno byłoby je nawet zebrać razem.

Chciałbym tu jednak przedstawić nieco inny punkt widzenia. Nie będę mówił, że medycyna naturalna jest lepsza bo coś tam, a akademicka jest gorsza bo coś tam lub odwrotnie. Powiem jak – moim zdaniem – można skorzystać z dobrodziejstw jednej i drugiej.

Medycyna akademicka

Ma niezaprzeczalnie pozytywne wyniki jeśli chodzi o różnego rodzaju nagłe wypadki, operacje i zabiegi ratujące życie. Pogotowie ratunkowe ratuje życie naprawdę wielu ludziom i jest to niezaprzeczalny sukces. Medycyna naturalna zazwyczaj nie jest w stanie pomóc ofiarom wypadku.

Z drugiej strony medycyna akademicka staje się w większości przypadków bezsilna, jeśli chodzi o choroby przewlekłe, np. stany zapalne jelita, żołądka, zgagi, choroby serca, choroby zawodowe, choroby wynikające ze stresu, a nawet zwykłe przeziębienia lub grypy. Na rynku medycznym jest tyle preparatów na przeziębienie i grypę, że możnaby tym uzdrowić prawie cały kontynent, a… jednak ludzie chorują.

Medycyna naturalna

Jest prawie doskonała i nie zastąpiona w zapobieganiu chorobom, wzmacnianiu organizmu, usuwaniu skutków stresu, pozbywaniu się nałogów itp. W większości potrafi pomóc pacjentom w chorobach uznawanych przez medycynę akademicką za niewyleczalne, np.: cukrzyca, choroby serca, problemy z ciśnieniem, problemy ginekologiczne i inne.

Jak jest … każdy widzi

Jeśli pacjentowi coś dolega to idzie do lekarza. Powiedzmy jest to ból brzucha. Zdarza się tak, że po wykonaniu wszystkich możliwych badań lekarz mówi, że „wszystko jest w porządku” i przepisuje tabletki czy czopki. Po tygodniu ból nie znika i lekarz przepisuje mocniejsze tabletki i antybiotyk. Pacjent w tym czasie zjada sobie trochę środków przeciwbólowych (bez wiedzy lekarza) bo jakoś musi pracować i żyć. Po kilku miesiącach terapii dodatkowo zaczyna boleć żołądek (skutki brania tabletek), a u kobiet zazwyczaj pojawiają się problemy ginekologiczne (np. grzybica, upławy itp.) – skutek osłabienia organizmu i działania antybiotyków. Po jakimś czasie pacjent decyduje się na pomoc medycyny naturalnej, wybiera terapeutę i zapisuje się na wizytę.

I tutaj albo terapeuta coś powie albo nie. Jeśli nie powie to teraz zrobię to za niego. Gdyby przyszedł od razu – terapia trwałaby np. 3 tygodnie. Nie byłoby żadnych skutków ubocznych, nie byłoby osłabienia organizmu przez antybiotyki, nie byłoby innych problemów (np. żołądek). Teraz terapeuta musi przede wszystkim zrobić tak, żeby pacjent porozmawiał z lekarzem i przestał brać antybiotyki. Zazwyczaj przepisywane są „na wszelki wypadek” i skutecznie niszczą system obronny organizmu. Potem musi odtruć organizm z tony leków, jakie pacjent zdążył zjeść przez ostatnie pół roku, a dopiero potem może podjąć się właściwej terapii (problem właściwy + zołądek + układ odpornościowy + inne problemy, tzw. skutki uboczne terapii akademickiej). Terapia automatycznie wydłuża się do kilku miesięcy.

Inną stroną jest, że pacjent kiedy dowie się o tym zazwyczaj się obraża i nie przychodzi na kolejną terapię. Może lepiej byłoby nic nie mówić, ale wtedy wysiłek terapeuty (a czasem naprawdę trzeba się powysilać nad pacjentem nawet przez godzinę) jest niweczony. Nie chodzi tu o pieniądze tylko o chęć pomocy z góry skazaną na niepowodzenie. To tak, jakby ktoś ciągle dolewał oleju do silnika nie wymieniając uszczelki spod której ten olej ciągle kapie. Pomoże – owszem – na jakiś czas. A potem trzeba terapię powtarzać zamiast zająć się kolejnymi dolegliwościami. I tutaj rodzi się słynne zdanie „Leczyłam(em) się u bioenergoterapeuty/radiestety/reikowca/itp. ale jakoś mi nie pomogło”.

Nie twierdzę, że medycyna naturalna potrafi wyleczyć wszystko. Ale jestem pewien, że nawet jeśli nie wyleczy to zrobi tak, że pacjent będzie czuł się lepiej. A to też jest ważne – przynajmniej dla mnie.

Byłem ostatnio w aptece. Pani przede mną kupowała między innymi APAP. Na początek powiedziała 12 sztuk, ale zaraz przy ladzie było wystawione duuuże opakowanie, więc po chwili zdecydowała się kupić to duże. A ja się usilnie zastanawiałem. Pani kupiła 24+6 = 30 tabletek przeciwbólowych. Patrząc po sobie – zużywając jakieś 3 tabletki rocznie wystarczyłoby mi to na 10 lat. Zazwyczaj jak już muszę to biorę pół tabletki i zawsze pomaga. Nie żartuję. Z drugiej strony wiem, że 30 tabletek może być zjedzonych bez większych trudności w np. 2 tygodnie. Tylko czy naprawdę warto tak truć organizm? Nie mówiąc już o tym, że z czasem potrzeba ich więcej i więcej żeby pomogły.

Co proponuję?

Przemyśleć możliwości jednej i drugiej medycyny. I wykorzystać to, co potrafią najlepiej. W sytuacji zagrożenia życia niezwłocznie dzwonić po karetkę. Ale kiedy pracuje się w stresie, źle się sypia, zaczyna się mieć z czymś problemy (serce, oddychanie, zgaga, zatwardzenia itp.), dziecko zaczyna gorączkować, przeziębiać się itp. – skorzystać z pomocy terapeuty. Gwarantowany przede wszystkim brak skutków ubocznych terapii.

Jeśli ktoś mówi, że wizyta u terapeuty jest o wiele droższa niech wybierze tańszego. Albo niech policzy ile pieniędzy wydał na tabletki i jak się po nich czuje.

Panie doktorze, mam trądzik i nic nie pomaga

W bardzo wielu przypadkach, kiedy już pacjent zdecyduje się na leczenie metodami naturalnymi okazuje się, że tak naprawdę nie jest chory na jedną rzecz lecz na kilka. Może taki przykład (wymyślony, ale podobny do rzeczywistości).

Przychodzi osoba skarżąc się na zmiany skórne których nie da się w żaden sposób wyleczyć. Próbowała już wszystkiego i maści, i antybiotyków, i sterydy i nic nie pomaga. Zazwyczaj wtedy pytam: czy choruje pani/pan jeszcze na coś? – Nie, pada odpowiedź, tylko ta wysypka.

Tak więc można by zająć się znajdowaniem przyczyny choroby skóry, ale widzę, że pacjent kładąc się robi to bardzo ostrożnie. Okazuje się, że od lat ma problemy z kolanami, które są słabe, ale to już tak ma od dawna. Po dłuższej rozmowie okazuje się, że pacjent ma nadciśnienie, ale to już kilka lat i bierze tabletki i wszystko jest dobrze, miał operację wycięcia woreczka żółciowego, bo były kamienie, tak właściwie to ma alergię, ale to tylko na wiosnę, a teraz jest jesień, czasem napady astmatyczne, boli go żołądek, zazwyczaj rano, ale jak napije się czegoś to przestaje itp.

Takich przykładów można podać wiele. Osoba zgłaszająca się z jedną dolegliwością twierdzi, że ogólnie jest zdrowa, a w rzeczywistości chorób do wyleczenia jest kilka. Często pacjenci nie zdają sobie sprawy z tego, że np. nadciśnienie, na które bierze jakieś tabletki to jest choroba, która może być przyczyną wspomnianych zmian skórnych. I że nie będzie możliwe wyleczenie skóry jeśli nie wyleczy się czegoś w środku organizmu.