Leczyć, nie leczyć?


Zawsze wydawało mi się, że jeśli ktoś jest chory – robi wszystko, żeby się wyleczyć. Przynajmniej tak mi się wydawało. Oczywiście, są ludzie, którzy tak naprawdę nie chcą się wyleczyć, ale nie o nich tu mowa. Hipokrates twierdził, że nie ważny jest sposób w jaki wyleczy się chorego. Ważne jest to, że zostanie on wyleczony.

Weźmy na przykład ból głowy. Widzę, że osoba wygląda jak własne zwłoki i okazuje się, że boli ją głowa. Zazwyczaj pytam się czy jej pomóc. Odpowiedzią zazwyczaj jest:
„eee, raczej nie”,
„nie, nie boli mnie aż tak bardzo”,
„nie warto, zaraz przestanie”,
„och, to nic takiego (i machnie ręką aż się skrzywi z bólu)”,
„przed chwilą wzięłam tabletki, zaraz przejdzie”,
„ja tam nie wierzę w te (twoje) metody”.

Spotykam daną osobę powiedzmy godzinę później i nadal wygląda jak własne zwłoki. Proszę mi wybaczyć, ale zupełnie tego nie rozumiem. Nie jest to kwestia pieniędzy, bo zazwyczaj wtedy wystarczy zwyczajne „dziękuję”, nie jest to kwestia czasu, bo 5 czy nawet 10 minut zawsze można znaleźć. Najwyraźniej dana osoba chce, żeby ją bolało. Albo nie musi wtedy czegoś zrobić albo może się wszystkim pochwalić jaka to ona jest biedna.

Jednak to nie wszystko. Zaobserwowałem dosyć dziwne zjawisko. Spotykam słyszę, że ktoś ledwie żyje. Co się stało – pytam. „Ach, ta migrena, już drugi dzień jem tabletki i nic nie pomaga”. Zazwyczaj odpowiadam – to proszę przyjść do mnie, coś poradzimy. Osoba przychodzi. Po ok. 10 minutach głowa przestaje boleć lub boli bardzo słabo. Osoba jest zadowolona i radosna. I tu zaczyna się najśmieszniejsze. Ta osoba, chociażby potem było jej tak źle, że nie wiadomo co miała ze sobą zrobić – nie przyjdzie do mnie więcej.

Od razu mówię, w czasie np. usuwania bólów głowy nie mruczę pod nosem zaklęć, nie lepię lalek i nie wbijam w nie igieł. Zazwyczaj osoba siedzi na krześle, a ja kładę jej ręce na głowie i plecach. Czasami pomasuję coś mocniej – i to wszystko. Zazwyczaj wystarcza.

Nasuwa mi się pytanie – czy osoby takie przestają przychodzić w obawie, że mogą się wyleczyć? Jaki jest mechanizm pierwszego i drugiego zdarzenia? Może tylko dla mnie obojętny jest sposób leczenia, a dla reszty świata istotne jest, żeby była recepta i coś, co się kupuje w aptece, najlepiej jeszcze, żeby było to drogie?

Kolejną rzeczą, która bardzo mnie zadziwia jest to, jak długo niektóre osoby „walczą” z chorobą:

„Od sierpnia zeszłego roku (czyli prawie przez rok – Klapuch) mam nawroty zakażnia dróg moczowych. (…) leczono mnie przez ten czas złym antybiotykiem (dopiero teraz zrobiono mi posiew i się okazało że dotychczasowy antybiotyk nie działał na tą bakterię). Pani doktor przepisała mi kolejny i mam nadzieję że tym razem będzie dobrze.” (news: pl.sci.medycyna, 17.07.2004)

„Od ponad roku cierpię na owsiki w układzie pokarmowym” i temu podobne rzeczy. Może jestem tutaj zbytnim optymistą ale dolegliwości te mogą być wyleczone w dosyć krótkim czasie – powiedzmy dwa tygodnie. Nie wyobrażam sobie żyć z zapaleniem dróg moczowych przez ponad rok. Czemu trwa to tak długo? Czemu na dolegliwości, które dają się wyleczyć bezpieczniejszymi metodami zazwyczaj otrzymuje się antybiotyk?