Badania lekarskie


Medycyna konwencjonalna koncentruje się na jednostkach chorobowych. Tak po prostu. Kogoś coś boli, wpisuje mu się numer choroby i dopiero nasza medycyna może się nim zająć. W ogóle lepiej by było, gdyby ktoś do lekarza przyniósł to, co boli, bo cała reszta człowieka tak właściwie tylko przeszkadza.

Jeśli kogoś bolą dwie rzeczy to chodzi do dwóch lekarzy, który nie dość, że się ze sobą nie komunikują to jeszcze zazwyczaj w ogóle się nie znają. Często jest tak, że przepisują tabletki, które wzajemnie się znoszą. Ale każdy „leczy”.

Sposób leczenia też czasami pozostawia wiele do życzenia. Zazwyczaj, „tak na wszelki wypadek” lekarze przepisują antybiotyki i … po chorobie. Osobiście znam przypadek małego dziecka, któremu przepisano antybiotyki, tak „na wszelki wypadek”. Dziecko potem miało bóle brzucha, biegunki. Rodzice nie spali po nocach, bo dziecko też nie spało, ale lekarz „zrobił wszystko co trzeba” i poszedł spokojnie do domu. Nie ważne, że antybiotyki uszkodziły bakterie jelitowe, nie ważne, że zrobiły więcej szkody niż przyniosły pożytku. Lekarz przepisując je wie, że na pewno pomogą. Oczywiście. Antybiotyk – jak sama nazwa wskazuje – jest czymś przeciwko życiu. Zabija wszystko. To co szkodliwe, ale też to, co potrzebne. Lekarz idzie do domu, a rodzice zostają z dzieckiem i co? Mają jechać do kolejnego lekarza?

Tak naprawdę to 85% diagnoz można postawić na podstawie wywiadu i ewentualnie badania palpitacyjnego (dotyk). Czasami wystarczy określić rodzaj bólu – stały, pulsujący, rwący, mdły, ustający przy nacisku, wzmagający się przy nacisku. Czasami jest tak, że lekarz powie, że wszystko jest w porządku „ale na wszelki wypadek wyślę na badania”. Jeśli wszystko jest w porządku, to po co badania?

Już opisuję. Badania, kolejno. Nie z medycznego punktu widzenia tylko jak mogą oddziaływać na organizm.

Rentgen. Zazwyczaj wykonywany na starym czy przestarzałym sprzęcie. Niespójna wiązka promienia RTG może prześwietlać inne części ciała. Zbyt duża dawka promieniowania, „żeby cokolwiek było widać”. Oczywiście, nie zaprzeczam, że zdjęcia wnoszą dużo informacji do diagnozy, ale… Nie zawsze wykonuje się zdjęcia wtedy, gdy są potrzebne. Jeśli ktoś jest zdrowy i wie to na 100% to zdjęcie RTG jest dla niego wyłącznie szkodliwe, a nie wnosi żadnej informacji. Promieniowanie RTG nie jest obojętne dla zdrowia. Jest to promieniowanie jonizujące w dodatku generowane przez stare maszyny. Powiedzmy – prześwietlenie płuc. Dla mężczyzny jest to tylko naświetlenie serca, płuc, żołądka, nieco wątroby i właściwie na tym koniec. Dla kobiet – przede wszystkim naświetlenie jednego z najczulszych gruczołów – piersiowych. A jeśli jest tak, że są one bardzo słabe i to jedno wystarczy do takiego osłabienia systemu immunologicznego, że zacznie się rozwijać jakaś choroba? A jeśli to jedno wystarczy do tworzenia się raka? Dlaczego o tym nikt nie mówi? Jeśli jest taka potrzeba – to trzeba, ale żeby tak sobie sprawdzić czy wszystko jest w porządku – według mnie jest to zbyt duże ryzyko. Nie mieszkamy w Błękitnej Lagunie tylko w zanieczyszczonych miastach i każda kolejna dawka czegoś co niszczy nasz organizm może się okazać bardzo szkodliwa.

Naświetlanie jąder lub jajników – prześwietlenia miednicy. Zazwyczaj ludzie chcą mieć zdrowe dzieci a i samemu chcą być zdrowymi. To są najczulsze chyba miejsca jeśli chodzi o promieniowanie. Efekty łatwo sobie wyobrazić.

Czasami do krwiobiegu wprowadza się tak zwany kontrast – przy sprawdzaniu np. drożności żył. Kontrastem jest środek promieniotwórczy. Warto się zastanowić nad koniecznością takiego badania.
Zresztą wszyscy wiedzą o szkodliwości promieniowania. Wystarczy sobie przypomnieć co się działo po awarii w Czernobylu.

USG. O wiele mniej szkodliwe, co nie znaczy, że bez znaczenia. USG wysyła wiązkę fali, która odbijając się od narządów daje jakiś obraz. Tak, ale większość fali, nie odbitej, jest wchłaniana przez organizm. Zgodnie z zasadą zachowania energii nie da się po prostu wchłonąć fali i przerobić ją na nic. Zazwyczaj zamienia się ona na ciepło. Czyli – przy okazji badania lekarz podgrzewa nam organizm. Podobnie jak kuchenka mikrofalowa.

Badania płodu. Też USG. Wiązka pochodząca z urządzenia jest szkodliwa. Oczywiście nie zastosowana raz, bo trZEBA coś sprawdzić – nie z takimi rzeczami organizm musiał sobie radzić – ale chodzenie na badania chociażby raz w miesiącu może się skończyć nie najlepiej.

Służba zdrowia – w trosce o nasze zdrowie – wysyła nas na przymusowe badania, testy itp. Zazwyczaj wiemy czy jesteśmy zdrowi czy nie, a badania te to tylko ingerencje w nasze zdrowie. Byłem na badaniu okresowym. Między innymi wykonywane było badanie krwi. Wiem, że jestem zdrowy i wtedy też to wiedziałem. Jednak pani lekarz stwierdziła, że mam jakiś stan zapalny i że „może to przejdzie”. Tak powiedziała. Po czym okazało się, że cała „seria” osób, około ośmiu, jak dobrze pamiętam, którzy byli ze mną na tym badaniu miała taki sam „stan zapalny”. Błąd komputera. Tak mi się pomyślało – po co są te badania, skoro ktoś na siłę mi wmawia, że jestem chory? Jakieś 15 lat temu inna pani doktor usilnie wmawiała mi żółtaczkę – to z powodu ciemnej karnacji i opalenizny. Oczywiście żółtaczki nie miałem i nie mam do dzisiaj. A takie „twierdzenie” jest bardzo niebezpieczne – patrz „autorytet”.

Dawno temu, kiedy do szeregów medycyny włamywała się technika nukrearna bardzo stary profesor na jednym podczas swoich wykładów zwrócił się do studentów w te oto słowa.
Wy panowie, teraz zachwycacie się techniką lecz powiem wam co odróżnia bardzo dobrego lekarza od lekarza początkującego, bez względu na długość stażu. Lekarz początkujący rozmawia z pacjentem i zleca dużo badań. Lekarz doświadczony przeprowadza dokładny wywiad i zleca jedno badanie.
Słowa te słyszałem dzisiaj od jednego lekarza, który po ośmiu latach od rozpoczęcia praktyki przyznał staremu profesorowi rację. Jednak na koniec stwierdził, że do postawienia rzetelnej diagnowy potrzebny jest bardzo dokładny wywiad z pacjentem, a dodatkowe badanie jest potwierdzeniem diagnozy. „Jednak kto ma czas na takie pogaduszki” – dodał na koniec.
Przykre jest, że lekarz, który wie jak leczyć nie korzysta z tej możliwości tylko stara się „przyjąć” jak najwięcej pacjentów.

Inną anegdotę usłyszałem od innej osoby. Stwierdziła ona, że w Niemczech medycyna doszła kiedyś do takiego stopnia komputeryzacji, że kiedy zgłosi się pacjent z nożem w plecach, a komputer tego nie potwierdzi to zostanie on odesłany do domu jako symulant. Z niektórych środowisk wiem, że nasza współczesna medycyna właśnie do tego zmierza. Przykładów jest tysiące.